„Planeta ma już wystarczająco ciężko” – mówi Ewelina Jamróz, która stworzyła „aktywną” folię z wodorostów i żelatyny

0
261

Jest w  100 proc. biodegradowalna, rozkłada się w cztery tygodnie, przedłuża świeżość produktów spożywczych, zabija bakterie, a wkrótce będzie również eliminować wirusy. Wynalazek polskiej badaczki dr Eweliny Jamróz – folia wykonana z alg czerwonych i żelatyny – wywraca do góry nogami nasze dotychczasowe myślenie o ekologii.

Anna Jastrzębska: Jak się wpada na pomysł zrobienia folii z wodorostów i żelatyny?
Ewelina Jamróz, Uniwersytet Rolniczy im. Hugona Kołłątaja w Krakowie: Pomysł wziął się od promotora mojej pracy doktorskiej, prof. Andrzeja Pary, który badał furcelleran, czyli polisachardy  (cukry złożone) z czerwonych alg. Ja na doktoracie kontynuowałam jego pracę – robiłam kompleksy (związki kompleksowe – związki chemiczne zawierające co najmniej jeden atom centralny, otoczony przez inne atomy lub grupy atomów – przyp. red.) furcelleranu z innymi białkami. Kompleksowałam furcelleran m.in. z białkiem serwatkowym i żelatyną; na tamtym etapie to jeszcze nie miało żadnego zastosowania. Gdy zaczęłam tego zastosowania szukać, okazało się, że z prostych poliysacharydów można zrobić folię. No więc zaczęłam się tym bawić. Najpierw stworzyłam folię w takiej podstawowej wersji…

A potem zaczęła pani dodawać do niej różne ciekawe rzeczy?
Tak, od początku zależało mi, by moja folia – poza tym, że jest całkowicie biodegradowalna – miała jakąś wartość dodaną. Dlatego zaczęłam do niej dokładać różne naturalne składniki, np. ekstrakt z yerba mate.

W jakim celu?
Yerba mate ma właściwości antyoksydacyjne – to jest bardzo potrzebne w przypadku żywności. Mięso czy ryby bardzo szybko się utleniają, a utlenianie powoduje psucie się pokarmu. Folia, która ma działanie oksydacyjne, jest folią aktywną. Nie tylko chroni pokarm, ale jeszcze hamuje jego utlenianie, dzięki czemu owinięte nią produkty pozostają dłużej świeże. To świetna wiadomość dla producentów produktów spożywczych – nie dość, że otrzymują opakowanie, które rozkłada się w 4 tygodnie, czyli w ogóle nie zaśmieca środowiska, to jeszcze żywność pozostaje świeża o 2-3 dni dłużej. A takie 2-3 dni w przypadku dużych producentów to czasami zysk w miliardach złotych.

Drugą cechą mojej folii są jej właściwości antymikrobiologiczne.

Dzięki dodaniu do niej nanoselenu lub nanosrebra folia zabija bakterie, przez co również pozwala na dłuższe przechowywanie żywności.

źródło: hellozdrowie.pl

W obecnej sytuacji nie mogę nie zapytać: taka folia może również zabijać wirusy?
Może! A wykonanie antywirusowej folii nie jest żadnym problemem! Właśnie zabieramy się za robienie takiej folii – w maju znów wchodzimy do laboratorium. Czekamy tylko na bioaktywne peptydy antywirusowe, które obecnie są syntetyzowane w Czechach, a kiedy do nas przyjdą, ruszamy do pracy.

Koronawirus wskazał nam nowy kierunek. Wyobrażam sobie, że folia, która będzie miała właściwości zarówno antywirusowe, jak i antybakteryjnie, będzie doskonale nadawała się do pokrywania stołów czy ławek w szpitalach. Na razie brzmi to pewnie nieco abstrakcyjnie, ale kiedy zaczynałam ten projekt, również wydawał się on nierealny. A teraz proszę spojrzeć, co się dzieje.

Co się dzieje?
Bardzo wiele firm jest zainteresowanych wdrożeniem mojego rozwiązania. Rozmawiamy z wieloma producentami, tak naprawdę jesteśmy już na końcowym etapie tych rozmów. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, za około rok nasza folia powinna już być na rynku. Mam nadzieję, że to się uda.

Czy to rozwiązanie jest w ogóle dla producentów opłacalne?
Jest bardzo opłacalne, bo wszystkie produkty, które są potrzebne do zrobienia folii, kosztują grosze. Oczywiście naszego produktu nie możemy do końca porównywać z syntetycznymi reklamówkami. Bo te są tak naprawdę granulatami wyrzucanymi do odpowiedniego mieszalnika, który potem je wydmuchuje – koszt ich produkcji jest niemal zerowy. Jednak z uwagi na obostrzenia, dyrektywy ze strony Unii Europejskiej, które zaczynają obowiązywać w Polsce, producenci syntetycznych opakowań prędzej czy później będą musieli szukać alternatyw. Alternatywę, którą proponujemy, te wszystkie firmy mogą wdrożyć u siebie – i nie jest to jakiś duży koszt. Wytworzenie metra kwadratowego mojej folii kosztuje ok. 50-60 gr.

Folie syntetyczne są tańsze nawet o połowę, ale patrząc przyszłościowo, będziemy musieli przestawić się na bardziej odpowiedzialne rozwiązania. Nasza planeta ma już wystarczająco ciężko.

A czy tak zwany statystyczny Polak też będzie mógł sobie w taką folię opakować marchewkę?
Oczywiście! Każdy dodatek, który dokładamy do folii, potrafi nadać nowy kierunek dla jej zastosowania. Jeden dodany element poprawi barierowość dla pary wodnej, dzięki czemu folia świetnie się sprawdzi jako opakowanie dla produktów, które nie mogą wysychać. Ale możemy też zrobić folię, która pozwala parze wodnej swobodnie przenikać, dzięki czemu będzie to idealne rozwiązanie dla owoców i warzyw. W ich przypadku musi być bowiem zapewniony dobry przepływ powietrza, odpowiedni poziom wilgotności. Weźmy marchewkę w syntetycznej reklamówce – po 2 godzinach wewnątrz foliówki widzimy skroploną parę wodną, bo nie ma tego przepływu.

Jakie inne zastosowania jeszcze pani widzi dla swojego wynalazku?
Jest ich naprawdę wiele. Moja folia dobrze się sprawdzi np. na psie odchody – pozwoli zebrać to co trzeba z ulicy, a potem można wyrzucić ją na kompostownik. Jest naprawdę mnóstwo kierunków, w których możemy pójść, produkują tę folię. Od potrzeby konsumenta będzie zależało, jakie właściwości wybierze dla siebie.

Folia z wodorostów zmieni nasze myślenie o ochronie środowiska?
Mam taką nadzieję. Ludzie, jeśli będą mieć alternatywę, będą chcieli wybierać lepsze rozwiązania. Ta zmiana nie dokona się szybko ani łatwo, ale dokonać się musi i myślę, że zaczynamy wreszcie iść w dobrą stronę.

Jeszcze do niedawna nie mogliśmy wyobrazić sobie, że będziemy robić zakupy bez syntetycznych foliówek, a dziś – proszę, niemal każdy idzie do sklepu z bawełnianą torbą w ręce.

Jeszcze 30 lat temu półki w sklepach uginały się od syntetycznych środków czystości. Dziś już na mamy mnóstwo proszków do prania, płynów do płukania, środków czyszczących, które nie są w takim stopniu syntetyczne, napakowane szkodliwymi substancjami, razem z wodą dostającymi się do gleby. Bo poszerza się grono osób świadomych, że człowiek szkodzi planecie, że ją niszczy. W związku z tym poszerza się grono konsumentów zainteresowanych takimi produktami.

Niestety też zwiększa się grono ludzi, którzy chcą dobrze, ale nabierają się na sztuczki producentów.
To prawda. Do szewskiej pasji doprowadzają mnie opakowania oznaczone jako biodegradowalne, które wcale takimi nie są. Osoba, która w ten sposób postanowiła je sprzedać, nie popełnia żadnego przestępstwa, ponieważ w Polsce nie ma na to wystarczających regulacji prawnych. Ale oburza mnie fakt, że za biodegradowalne można uznać opakowanie składające się w 95 proc. z syntetycznego materiału (który przez 100 lat rozpada się na mikroplastik) i w zaledwie 5 proc. ze  skrobi (która rzeczywiście jest biodegradowalna). To jest cynizm i zwykłe oszustwo! Człowiek kupuje takie opakowanie, myśląc że dba o planetę, a jest wodzony za nos – bo ludzie są wygodni, zazwyczaj nie mają wystarczająco dużo determinacji, by wczytać się w listę składników. Przeraża mnie to, tym bardziej, że ONZ obliczyła, iż do 2050 r. w oceanach i morzach będzie pływało więcej plastiku niż ryb.
Dlatego ja pod swoją folią mogę się z czystym sumieniem podpisać, ona ulega biodegradacji w 4 tygodnie, a dodatkowo jest doskonałą pożywką dla bakterii i mikroorganizmów, które bytują w ziemi. Czyli tak naprawdę również wpływa na poprawę jakości gleby (oczywiście ilość folii w ziemi również trzeba kontrolować, bo nadmiar cukrów może doprowadzić do zagrzybienia, zapleśnienia gleby, ale wciąż jest to nieporównywalne do szkód, jakie obecnie powoduje plastik).

Dlatego uważam, że nawet zastąpienie 10 proc. wszystkich opakowań syntetycznych moimi foliami – w tych gałęziach, w których jest to łatwe i możliwe do wykonania – bardzo poprawi sytuację naszej planety.

To temat o tyle aktualny, że syntetyczne foliówki ożyły niczym zombie w czasie epidemii koronawirusa.
Tak, ja od początku obawiałam się wirusa pod tym kątem właśnie. Wiedziałam, że foliowe rękawiczki, reklamówki, inne syntetyczne środki ochronne zasypią ulice. To jest dramat. 

Dzwonią do mnie dziennikarze i pytają, czy moje folie będą mogły całkowicie zastąpić folię z Chin. Nie, niestety nie będą mogły, bo nie mają 100 proc. barierowości (niektóre mają tę barierowość na poziomie 90 proc., inne 70 lub 80 proc., a wirus jest tak maleńki, że musi mieć 100 proc. barierowości). Ale przecież nie chodzi o to, żeby moja folia rozwiązała wszystkie problemy.

W sytuacji, która obecnie panuje w związku z epidemią, wystarczyłoby, żeby ludzie zwracali uwagę na to, gdzie zużyte środki ochrony wyrzucają, żeby nie wywalali ich byle gdzie.

Ja uważam, że każdy może działać na własnym poletku, żeby zrobić coś dobrego dla Ziemi. Segregować śmieci, nie używać reklamówki syntetycznej, gdy nie jest to konieczne, podstawiać pojemnik pod kran, gdy myje owoce, a „zaoszczędzoną” w ten sposób wodą podlewać kwiatki…  To są malutkie rzeczy, ale gdyby każdy robił to w swoim domu, nie mielibyśmy takiego dramatu.

Odkąd mam dziecko, naprawdę dużo o tym myślę. Bo ja może nie doczekam tych czasów, ale scenariusze, że zabraknie wody, że ludzie będą o nią walczyli, że będą żyli w świecie, w którym będzie brakowało czystego powietrza, wciąż stoją mi przed oczami. Nie chcę, żeby moja córka żyła w takiej rzeczywistości.

Rozmawiała Anna Jastrzębska hellozdrowie.pl